Liliane
Liliane, Valquira i Katia drugiego dnia natknęły się na tajemnicze stworzenie. Ich relacje były zgodne, wszystkie pamiętały dokładnie, co widziały. Mianowicie było to koło popołudnia, kiedy słońce już zaczynało ustępować miejsca nocy. Wtedy jednak z koleżanek postanowiła iść do domu, a dwójka przyjaciółek postanowiła je odprowadzić. Wtedy właśnie natknęły się na to dziwne coś. Bardzo przypominało to, co opisywał poprzedni świadek - niecały metr wysokości, dziwna, skóra, wybrzuszenia na głowie, małe usta z wydobywającym się brzęczącym dźwiękiem oraz zarys postaci podobny do człowieka. Natknęły się na to przy murze - siedziało skulone do nich plecami. Wyglądało na bardzo przerażone, ale to dziewczynki przeraziły się tak bardzo, że zaczęły uciekać krzycząc, ile sił w płucach. Odgłos wydobywający się z ust tego czegoś bardzo długo ich prześladował po nocach. Przeszły rozmowę z szanowanym psychiatą, który uznał, że dziewczynki mówią całkowitą prawdę, a jeśli się myli, chętnie podrze swój dyplom.
Drugie stworzenie nigdy nie zostało złapane, ale co się stało z pierwszym? Dziennikarze śledczy głowili się nad tą sprawą i tylko dwóm udało się dojść do prawdy. Stworzenie trafiło do Szpitala Okrękowego znajdującego się w Vargihna. Tego samego dnia przewiezono je do oddalonego o ponad dwa kilometry innego szpitala. Okazało się, że pierwszy szpital nie ma tak dobrego sprzętu, by przejrzeć dziwne stworzenie. Dopiero w drugim szpitalu można było należycie zająć się dziwnym stworzeniem. Pracownicy szpitala relacjonowali dwóm ambitnym dziennikarzom, że nie udało się uratować tej biednej istoty. Po operacji grono zebranych oficerów oraz lekarzy przyglądało się zwłokom stworzenia, nie stwierdzono nigdzie narządków płciowych, sutków. Ale było złudząco podobne - przynajmniej posturą - do człowieka o małych rozmiarach. Zwłoki martwego zwierzęcia (człowieka?) zostały przeniesione do specjalnej trumny z funkcją zamrażania ciała, po czym nad ranem zostały wywiezione.
Amerykański stan Virginia może poszczycić się chupacabrami, małymi, ale groźnymi dla hodowlanego bydła zwierzętami, które nawiedzają ich farmy. Inni mają Yeti. Dlaczego więc w tym przypadku władze zamiast nagłaśniać sprawę - co przyniesie mieście rozgłos i prawdopodobnie podeprze budżet turystyczny, bo tak dzieje się w każdym innym przypadku - starają się ją starannie tuszować? Sprawa jest o wiele głębsza.